Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


autora, jaką była najlepsza z jego książek. A jego uśmiech człowieka bardzo czynnego dawał do zrozumienia, że była to przezorność, aby nie tracić czasu nad licznymi tomami. Teraz nie potrzebował kłopotać się o to, Argensola będzie czytał za niego. Kiedy widział, że ten czyta z zajęciem jaką książkę, natychmiast chciał się z nią zapoznać:
— Opowiedz mi treść!
I „sekretarz“ nie tylko streszczał mu powieści i komedje, ale udzielał mu „treści“ Schopenhauera lub „treści Nietsche'go“. A potem donja Luiza niemal nie wylewała łez, słysząc, jak mówiono o jej synu z pobłażliwością, jaką budzi majątek:
— Trochę narwany ten chłopiec, ale jakie oczytanie!
W zamian za te lekcje Argensola doznawał takiego samego obejścia jak niewolnik grecki, z tych, którzy uczyli retoryki młodych partycjuszów upadającej Romy. W trakcie jakiegoś wykładu jego pan i przyjaciel przerywał mu:
— Przygotuj mi koszulę frakową. Jestem zaproszony na wieczór. Innym razem, kiedy mistrz rozkoszoszował[1] się ciepłem kominka z książką w ręku, spoglądając przez szyby na dżdżysty, posępny wieczór, wpadał nagle uczeń.
— Prędko!... marsz na ulicę!... Przyjdzie kobieta.
I Argensola, otrząsnąwszy się jak zmokły pies,

szedł czytać w dalszym ciągu do jakiejś poblizkiej niewygodnej kawiarenki.

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – rozkoszował.