Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Cicho bądź! — zawołała zgorszona Kreolka. — Ma swoje dziwactwa, ale dobry z kościami. Nigdy nie dał mi powodu do skargi. Życzę ci, żebyś trafiła na takiego.
Gderliwość męża, jego despotyczny charakter, jego dziwactwa, o których sama mówiła, wszystko to było niczem wobec jego wierności. Pomyśleć tylko! Po tylu latach małżeńskiego pożycia!... Był zawsze niewzruszonej cnoty; nawet tam na wsi, gdzie ludzie, otoczeni zwierzętami i bogacący się ich płodnością, mimowoli zarażali się niemoralnością swoich stadników. Ona umiała to cenić, przypominając sobie ojca!... Nawet jej siostra nie mogła żyć tak spokojna o swego Karla, który mógł być zdolnym do niewierności, bez żadnej chęci tylko przez proste naśladownictwo postępowania możnych tego świata.
Desnoyers istotnie żył ściśle zespolony z żoną uczuciem przyzwyczajenia. Donja Luiza w swej zacieśnionej wyobraźni przypomniała sobie owe pary wołów, które nie chciały ciągnąć, gdy jakieś obce bydlę zastępowało nieobecnego towarzysza. Mąż łatwo wpadał w gniew, czyniąc ją odpowiedzialną za wszystkie zgryzoty, jakich mu nie szczędziły dzieci, ale obejść się bez niej nie mógł. Wieczory w Hotelu Drouot były mu nieznośne, gdy nie miał przy swoim boku tej powiernicy jego projektów i jego gderań.
— Dziś jest wyprzedaż klejnotów; pójdziemy?
Czynił tę propozycję głosem łagodnym i nalegającym; głosem, który przypominał donji Luisie ich pierwsze rozmowy w okolicach rodzicielskiego domu.