Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wość jak gdyby chciał odstraszyć nią śmierć. Przyjmował jedynie pomoc od swego przebranego „łobuzka“. Gdy synowie Karla, już rosłe chłopaki, widząc, że chce dosiąść konia podbiegali, by mu potrzymać strzemię, odtrącał ich z oburzeniem.
— Cóż to? myślicie że już nie potrafię dać sobie rady? Jeszcze się tam we mnie życie jakoś kołacze, a ci co czyhają na moją śmierć, by zagarnąć moje pesy będą się mieli z pyszna.
Niemiec i jego małżonka, zawsze trzymani na uboczu, musieli znosić w milczeniu te przytyki. Karl potrzebował protekcji i żył w cieniu Francuza, korzystając z każdej sposobności, by zasypywać go pochwałami. Nigdy nie potrafi wywdzięczyć mu się za to, co on dla niego czyni. Desnoyers był jedynym jego obrońcą. On, Karl, pragnie tylko sposobności, by ma okazać swą wdzięczność: umrzeć za niego, jeżeli będzie potrzeba. Helena unosiła się nad szwagrem z właściwą sobie przesadą:
— Najszlachetniejszy człowiek na świecie!
I Desnoyers przyjmował w milczeniu te hymny pochwalne, uznając, że Niemiec był doskonałym towarzyszem. Ponieważ rozporządzał samodzielnie całym majątkiem rodziny, dopomagał szczodrze Karlowi bez wiedzy, starego. On to sprawił, żeby mogły się ziścić najgorętsze jego pragnienia. Niemiec marzył o wycieczce do kraju, Tyle lat w Ameryce! Desnoyers, chociaż sam nie miał zgoła chęci powrotu do Europy, postanowił urzeczywistnić to marzenie szwagra i dostarczył Karlowi środków dla odbycia podróży z całą ro-