Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/089

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wtórzcie to raz jeszcze, a sprawię wam takie lanie, że popamiętacie!... Znieważać tak wielkiego człowieka.
Tolerował tych swoich rudowłosych potomków, ale nie dopuszczał ich do żadnej poufałości. Desnoyers i jego żona brali w obronę siostrzeńców, wyrzucając staremu jego niesprawiedliwość. Ten zaś, aby wyłuszczyć przyczyny swej antypatji wzywał do siebie Celadonia, najlepszego ze słuchaczy, ponieważ odpowiadał na wszystko:
— Tak, panie. Tak będzie, panie
— One nie są nic winne — mówił stary — ale ja nie mogę nabrać dla nich serca. A przytem, takie to podobne do ojca, takie białe, z włosami jak oskrobana marchew, a dwaj starsi noszą okulary, jak jakie pisarki. Pasja porywa patrzeć na nich.
W ósmym roku życia Julek był już doskonałym jeźdźcem. — Na koń łobuzku! —- rozkazywał dziadek.
I puszczali się galopem przez pola, pędząc jak błyskawice, wśród tysięcy i tysięcy rogatego bydła. „Łobuzek“ dumny z tej nazwy słuchał we wszystkiem swego mistrza. I tak nauczył się chwytać byki na lasso i powalać je na ziemię spętane i zwyciężone; przeskakiwać wysokie zagrody i wysokie rowy na swym małym koniku, mknąc wskroś oślizgłych wąwozów, przyczem niejednokrotnie spadał z siodła i jeszcze prędzej się podnosił.
— A! dzielny gaucho! — mawiał dziadek, dumny z takiego wnuka. — Naści pięć pesów i kup za to chustkę jakiej Chince.