Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/088

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzinami całemi w cieniu eukaliptusów. Zaczęło się też objawiać u starego pewne zniedołężnienie umysłowe. Aczkolwiek nie bredził od rzeczy, ale jego zadzierżystość przebierała dziecinny charakter. Nawet w przystępach największej czułości starał się zawsze dokuczyć swemu otoczeniu.
— Pójdź tu, fałszywy proroku! — mówił do wnuka. — Ty jesteś gabacho.
Julek przeczył, jak gdyby mu ubliżono. Matka go nauczyła, że był Argentyńczykiem, a ojciec kazał dodawać „Hiszpańskim“ dla przypodobania się dziadkowi.
— Dobrze; więc skoro nie jesteś gabacho — ciągnął dalej stary — to wołaj:
„Precz z Napoleonem“.
I rozglądał się dokoła, czy nie zobaczy gdzie w pobliżu Desnoyersa w mniemaniu, że sprawi mu tem wielką przykrość. Ale zięć przechodził mimo, wzruszając tylko ramionami.
— Precz z Napoleonem! — wołał Julek.
I wyciągał natychmiast rączkę, podczas gdy dziadek przeszukiwał kieszenie.
Synowie Karla, których już było czterech i którzy kręcili się dokoła dziadka, jak pokorny chór, trzymany w oddaleniu, patrzyli z zazdrością na te datki. Aby mu się przypodobać, pewnego dnia, gdy go ujrzeli samego, przybliżali się odważnie, wołając razem:
— Precz z Napoleonem.
— A, zuchwałe Niemczaki! — wrzasnął stary — To tego was nauczył wasz bezwstydny ojciec! Po-