Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/086

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


starając się w ostatniej godzinie oszczędzić wszelkiego zmartwienia małżonkowi i błagając go wzrokiem o przebaczenie za kłopoty, jakie mu może sprawić jej śmierć.
Helena przyjechała, by ucałować trupa matki i Desnoyers, który więcej niż od roku utrzymywał zbiegów za plecami starego, skorzystał z tej sposobności, by przełamać jego opór.
— Przebaczam jej — rzekł Madariaga. — Czynię to dla biednej nieboszczki i dla ciebie. Niech zostanie tutaj i niech z nią przytelebie się ten bezwstydny Niemiec.
Nic ponadto. Karl będzie urzędnikiem pod rozkazami Desnoyersa i młoda para będzie mieszkała w budynku Administracyjnym, jak gdyby nie należała do rodziny. On, Madariaga, nie przemówi nigdy słowa do tego przybłędy.
Ale zaledwie go zobaczył, zaczął przemawiać doń nazywając go „panem“ i wydając mu szorstko rozkazy, jak gdyby był zupełnie obcym. Następnie przechodził zawsze koło niego, udając, że go nie widzi. Tak samo zachowywał się względem Heleny, gdy ją zobaczył w domu, odwiedzającą starszą siostrę. Napróżno „romantyczka“, przeobrażona macierzyństwem, korzystała z każdej sposobności, by mu nawinąć na oczy swego malca, powtarzając donośnie jego imię: „Julku... Julku“...
— Syn tego Niemieckiego muzykanta, biały jaki ogryzione koźle i z włosami jak marchew i to ma być mój wnuk! Wolę już bębny Celadonia.