Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/084

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dni potem „Romantyczka“ podążyła za nim. Izolda „ta o białych rączkach“ udała się na poszukiwanie swego Tristana.
Rozpacz Madariagi nie objawiała się gwałtownie i krzykliwie, jak tego oczekiwał zięć. Po raz pierwszy zobaczył go płaczącym. Jego wesoła i zażywna starość znikła nagle. Można było powiedzieć, że przez godzinę przybyło mu dziesięć lat. Jak dziecko złajane i drżące tulił się do Desnoyersa, oblewając mu szyję łzami.
— Zabrał mi ją!... Syn wielkiej... pchły zabrał mi ją!
Tym razem nie zwalił odpowiedzialności na swoją Chinkę. Płakał razem z nią i, jakby chciał ją pocieszyć publiczną spowiedzią, powtarzał:
— Wszystko to za moje grzechy... za moje jak największe grzechy!...
Zaczęły się dla Desnoyers'a czasy trudne i zawikłane. W trakcie jednej z jego bytności w stolicy wynaleźli go zbiegowie, błagając, by ich wziął pod swoją opiekę. „Romantyczka“ tonęła we łzach, zapewniając, że tylko szwagier „najszlachetniejszy człowiek na świecie“ może ich uratować. Karl patrzył na niego, jak wierny pies, który się powierza swemu panu. Te spotkania powtarzały się za każdą jego bytnością w Buenos Ayres. A wróciwszy do domu, zastawał teścia ponurego, milczącego i patrzącego uporczywie przed siebie, jakgdyby przyglądał się czemuś niewidzialnemu dla drugich. Poczem stary odzywał się nagle:
— To kara! Kara za moje grzechy.