Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/082

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i nie grozi mu niebezpieczeństwo, że go zabiją dla rzeczy, na których się nie rozumie, tam jego ojczyzna.
A jakby echo, tych rozmyślań starego wieśniaka, Karl, siedząc w salonie przed fortepjanem zanucił pół głosem hymn Beethovena: „Śpiewajmy radość życia; śpiewajmy wolność“. Nigdy nie kłam i nie oszukuj bliźniego twego, choćby ci dawali za to największy tron na ziemi“.
Pokój! W parę dni potem Desnoyers przypomniał sobie z goryczą te złudzenia starego. Wybuchła wojna, wojna domowa w idealnem zaciszu Madariagi.
Paniczku! a to biegnijcie żywo, bo stary gospodarz porwali nóż i chcą zabić Niemca.
Wezwany w ten sposób zadyszanym głosem najemnika Desnoyers wybiegł ze swojej kancelarji. Madariaga z nożem w ręku gonił za Karlem, godząc w każdego, kto mu chciał zagrodzić drogę. Jeden Desnoyers potrafił go ubezwładnić, wyrywając mu nóż z ręki.
— A! ten bezwstydny przybłęda! — wrzeszczał stary, wyrywając się z żelaznych objęć zięcia — Wszystkim głodomorom z całego świata zdaje się, że trzeba tylko wkręcić się do tego domu, żeby zabrać moje córki i moje pesa. Puszczaj mnie!... słyszysz! Puszczaj mnie, żebym go zabił.
I pragnąc odzyskać swobodę, zaczął się tłumaczyć Desnoyers'owi: Jego przyjął za zięcia bo mu się podobał: był skromny, uczciwy i... rozważny. Ale ten śpiewaczyna z pod ciemnej gwiazdy, ze swoim rodo-