Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/079

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I miała głęboką wdzięczność dla szwagra, widząc, że przerwał milczenie, by wziąć w obronę Niemca.
— Kiedyż ja cenię tego chłopca! — rzekł Madariaga usprawiedliwiając się. — To jego rodacy doprowadzają mnie do wściekłości.
W kilka dni potem, Desnoyers pojechawszy do Buenos Ayres, dowiedział się o przyczynie rozgoryczenia starego. Przez kilka miesięcy był opiekunem trzeciorzędnej śpiewaczki niemieckiego pochodzenia, którą porzuciła w Ameryce trupa włoskiej operetki. Ona to poleciła mu Karla, nieszczęsnego rodaka, który, nawałęsawszy się po różnych krajach Ameryki i próbując różnych zawodów, żył przy jej boku w charakterze partnera śpiewaka. Madariaga wydawał ochotnie tysiące pesów na utrzymanie muzykalnej Niemeczki, pławiąc się z młodocianym zapałem w rozkoszach tego nowego życia, dopóki nie przekonał się, że podczas jego nieobecności panienka bawiła się wesoło z innymi wielbicielami swego pokroju i wyśmiewała się z jego spóźnionych zapałów. Wtedy wpadł w złość i wypędził niewdzięczną, przyczem nie odbyło się bez kułaków i łamania sprzętów.
Ostatnia awantura jego życia! Desnoyers odgadł to postanowienie, słysząc jak poraz pierwszy jego teść przyznawał się do swoich lat. Noga jego nie postanie w stolicy. Wszystko zawracanie głowy! Żyć na wsi w obecności rodziny i czynić dużo dobrego biednym — oto jedno, co było coś warte. I straszliwy Centaur roztkliwiał się idylicznie z niezłomnością cnoty swych sześćdziesięciu pięciu lat, obojętnych już na pokusy.