Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/078

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Kłamstwo..- brednie... faramuszki!“ Jemu gadać o szlachectwie Niemiaszków. Sam w bardzo młodym wieku opuścił Europę, by przejąć się demokratycznemi zasadami Ameryki, ale aczkolwiek arystokracja wydawała mu się czemś przebrzmiałem i niepokojącem, wyobrażał sobie, że jedyna prawdziwa i godna poszanowania była arystokracja jego kraju, Hiszpanji. Niemiaszkom przyznawał pierwsze miejsce, gdy chodziło o budowę maszyn i okrętów, o hodowlę cennych zwierząt; ale wszyscy ich hrabiowie i margrabiny wydawały mu się sfałszowane.
— Wszystko to zawracanie głowy — upierał się. Ani w twoim kraju niema szlachty; ani wszyscy razem wzięci nie macie pięciu pesów. Gdybyście je mieli, nie przyjeżdżalibyście tu, żeby mieć co do gęby włożyć, ani nie przysyłalibyście waszych kobiet, które są... wiesz również dobrze jak ja, kim są.
Ze zdumieniem Desnoyers'a Niemiec przyjął tę filipikę z pokorą, przytakując kiwaniem głową ostatnim słowom zwierzchnika.
— Gdyby to było prawdą — ciągnął dalej nieubłagany Madariaga — te wszystkie koszałki-opałki o tytułach, szablach, mundurach, to pocośby tu przyjeżdżał? Co u diabła przeskrobałeś w swoim kraju że musiałeś dać drapaka?
Teraz Karl spuścił głowę zmieszany, bełkocząc coś bez związku.
— Papo... papo... błagała Helena. — Biedaczek!... jak nim pomiatają, dlatego, że jest ubogi!