Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/076

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Poczem, jakby żałując swoich słów, dorzucał jeszcze:
— Tak czy owak ten Karl to biedny chłopak, nieboraczek, który, zaledwie się odezwę, otwiera gębę, jak gdyby łapał muchy. Powiada, że jest z wielkiej rodziny, ale kto go tam wie! Wszystkie te głodomory, co tu przywędrowali do Ameryki, to jakoby jeden w drugiego synowie książąt.
Temu od pierwszej chwili Madariaga mówił po imieniu, nie przez wdzięczność jak Desnoyers'owi, ale aby mu okazać jego niższość. Wprowadził go również do domu, ale wyłącznie dla tego, aby dawał lekcje muzyki jego młodszej córce. „Romantyczka“ już nie wystawała przy drzwiach o zachodzie słońca. Karl, skończywszy swoje zajęcie w administracji, przychodził do domu pryncypała i siadał przy Helenie, która, zaczynała brzdąkać na fortepjanie z wytrwałością godną lepszej sprawy. Następnie Niemiec, akompanjując sobie, śpiewał urywki z Wagnera, które usypiały Madariagę w jego fotelu z mocnem paragwajskiem cygarem w ustach.
Helena tymczasem ze wzrastającem zajęciem przypatrywała się śpiewakowi. Nie był on rycerzem marzeń białej damy. Był prawie sługą, przybyszem z za morza, szukającym chleba nie przygód. Powierzchowność miał rudawego blondyna o nieco ociężałych ruchach i wypukłych oczach, w których odbijała się wieczysta obawa narażenia się zwierzchnikom, Ale romantyczna panna odkrywała w nim codzień coś, co łagodziło jej pierwsze wrażenia; kobieca białość Kar-