Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/073

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czości i natomiast nie podlegającą żadnym wybrykom i dziwactwom. Dla tego też, od początku obchodził się z nim nadzwyczaj dobrotliwie, zrozumiawszy, że starcie pomiędzy nimi dwoma nie dałoby się załagodzić. Jedyne różnice zdań wynikały na tle nadmiernych kosztów prowadzenia gospodarstwa w dawnych czasach za rządów samego Madariagi. Ale odkąd Desnoyers objął kierunek, koszta te się znacznie zmniejszyły, a ludzie pracowali z większą gorliwością. Sama jego obecność i krótkie rozkazy wystarczały.
Stary był jedynym, który mu stawiał czoło, by utrzymać dawny system kijów, a potem datków. Na to miejsce Desnoyers wprowadził drobiazgowy i wprost mechaniczny porządek, zawsze równy bez żadnych wybryków despotyzmu i dobrodusznej hojności. Często przychodzili do niego młodzi, pracujący tu metysi, z tych, którym publiczna złośliwość przypisywała bliskie pokrewieństwo z Madariagą.
— Paniczku; stary gospodarz powiadają, żebyście mi dali pięć pesów. Paniczek odmówił, a wkrótce petem zjawił się Madariaga, zaperzony, wymachujący rękoma, ale liczący się ze słowami ze względu na to, że jego zięć był również rozważny jak on.
— Bardzo cię lubię, synku, ale tu nie rozkazuje nikt prócz mnie. A! Gabacho! Jesteś taki sam jak wszyscy twoi ziomkowie; Każdy zarobiony grosz chowasz do pończochy i już on nie ujrzy światła dziennego, choćby cię ukrzyżowali... Powiedział pięć! Dasz mu dziesięć. Ja tak każę i kwita.
Desnoyers zapłacił, wzruszając ramionami, a jego