Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niby zobaczyć się z Don Juljanem pod rozmaitymi poborami i korzystali ze sposobności, by robić słodkie oczy do Cziczi i Heleny. Kiedyindziej zjawiali się panicze z Buenos Ayres. Ci prosili o krótką gościnę, mówiąc, że są w przejeździe. Don Madariaga mruczał:
— Innych niech łapie na te plewy... Jemu też zapachniały pesy Gallijczyka. Niech zmyka co prędzej, to ja mu pokażę drogę...
I konkurent zmykał istotnie, wystraszony zasępioną miną i mrukliwością gospodarza. Ta mrukliwość nie ustępowała, pomimo, że goście przestali nawiedzać nieżyczliwe progi. Madariaga bywał dziwnie roztargniony i zamyślał się często, a cała rodzina, nie wyłączając Desnoyers'a, szanowała to milczenie. Siadał do stołu wściekły i jadł ze zwieszoną głową. Raz po raz podnosił oczy i spoglądał to na Cziczę to na Desnoyers'a, to wreszcie na swoją małżonkę, jak gdyby chciał pociągnąć ją do odpowiedzialności „Romantyczka“ nie istniała dla niego. Co najwyżej rzucał jej jakiś ironiczny przydomek, widząc jak stawała, we drzwiach w godzinie zmierzchu, wpatrzona w widnokrąg zakrwawiony konaniem słońca, opierając łokieć o odźwierek a policzek na dłoni w postawie białej damy, którą widziała na jednej chromolitografji, oczekującą przyjazdu bohatera swych marzeń.
Już pięć lat Desnoyers przebywał w domu Madariagi, gdy pewnego dnia wszedł do kancelarji swego pracodawcy z miną buńczuczną, właściwą ludziom nieśmiałym, którzy powzięli jakieś postanowienie.