Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/057

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dem w ciągu kilku dni można było zaledwie obejść. Potem, gdy rząd wypędził Indjan aż po same granice i zaczął sprzedawać bezpańskie grunta — uważając za czyn patrjotyczny, jeżeli kto chciał je nabywać — Madariaga skupował i skupował za marne pieniądze olbrzymie przestrzenie. Nabywać ziemię i zapełniać ją zwierzętami, było celem jego życia. Czasem, galopując w towarzystwie Desnoyersa przez swe niezmierzone pola, nie mógł powstrzymać uczucia dumy.
— Słuchaj no, gabacho. Powiadają, że tam u was są kraje nie większe od moich gruntów. Czy to prawda?
Francuz potwierdził. Posiadłości Madariagi przewyższały obszarami swymi nie jedno Księstwo. To wprawiało w dobry humor hodowcę.
— W takim razie nie byłoby w tem nic głupiego, gdybym któregoś dnia ogłosił się królem. Przedstaw sobie, gabacho. Don Madariago pierwszy! To tylko bieda, że moja chinka nie chce mnie obdarzyć synem. To jałowa krowa.
Sława jego rozległych posiadłości i jego bogactw w gotowiźnie doszła aż do Buenos Ayres. Wszyscy znali Madariagę z nazwiska, chociaż mało kto go widział. Gdy przyjeżdżał do stolicy, nie zwracał niczyjej uwagi swym chłopskim wyglądem, w tych samych gietrach (kamaszach), jakich używał w pola, we wzdętej na plecach ponszy (płaszcz) i ze sterczącymi nad nią jak rogi końcami krawata, dręczycielskiej ozdoby, jaką mu narzucały córki, napróżno usiłujące zawiązać go kochającemi rękoma, aby się zbytnio nie buntował.