Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mizernym tłomoczkiem na pokładzie parowca, mającego już podnieść kotwicę, zapragnął dowiedzieć się o celu podróży: „Na rzekę La Plata“. I przyjął te słowa z giestem fatalisty: „Jazda do Ameryki Południowej!“. Podobał mu się ten kraj. Znał go z podróżniczych książek, których ilustracje przedstawiały stada koni, bujających po stepach, nagich, strojnych w pióra Indjan, i gauchosów, wywijających lassami nad głową.
Miljoner Desnoyers przypominał sobie zawsze swoją podróż do Ameryki: czterdzieści trzy dni żeglugi na małym, rozklekotanym parowcu, który trzeszczał wszystkiemi szparami za najlżejszem wstrząśnieniem i cztery razy zatrzymywał się w drodze z powodu uszkodzenia maszyny, zdany na łaskę fali i wiatrów. W Montevideo dowiedział się o klęskach, jakie poniosła jego ojczyzna i o tem, że Cesarstwo już nie istnieje. Ogarnął go wstyd na myśl, że naród sam się rządzi i broni rozpaczliwie za murami Paryża. A on uciekł! W kilka miesięcy potem wypadki komuny pocieszyły go co do tej ucieczki. Gdyby był został, z pewnością byłby przystał do buntu. I obecnie byłby już rozstrzelany lub żył na galerach w kolonjach jak tylu jego towarzyszy. Pochwalił sobie własne postanowienie i przestał myśleć o sprawach ojczyzny. Konieczność zarobkowania na kawałek chleba w kraju obcym, którego język zaczął poznawać, sprawiła, że zajmował się wyłącznie własną osobą. Niespokojne i awanturnicze tycie nowych narodów wciągnęło go w wir najróżnorodniejszych zajęć i najsprzeczniejszych przed-