Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/048

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


miejsce. Pomyśl, ty zawsze umiesz znaleźć radę na wszystko.
Ale on nie chciał czekać do jutra. Wstali i skierowali się zwolna w stronę ulicy des Mathurins. Juljan namawiał Margaritę wymownie i przekonywująco. Wsiądą do pierwszego lepszego auta i po kilku minutach znajdą schronienie, bezpieczeństwo, powrót do słodkiej przeszłości w tej pracowni, która widziała ich najlepsze chwile. Będzie mi się zdawało, że czas nie upłynął, że to są ich pierwsze schadzki.
— Nie — odrzekła miękko, szukając ostatniej przyczyny uporu. Przecież tam będzie twój sekretarz, ten Hiszpan, który ci wszędzie towarzyszy. Jaki wstyd, żebym go spotkała.
Juljan zaczął się śmiać, Argensola! Mógł im być przeszkodą ten przyjaciel, który zna całą jego przeszłość? Jeżeli go zastanę w domu, wyjdzie natychmiast. Ileż to razy już tak było. Był tak dyskretnym, że prawie przewidywał wypadki. Z pewnością wyszedł, odgadując, że się stanie to, co mogło być najlogiczniejszem. Będzie chodził po ulicach i zbierał wiadomości.
Margarita umilkła jak gdyby uznając się za zwyciężoną. Desnoyers umilkł również, tłumacząc sobie dodatnio jej milczenie. Wyszli z ogrodu, a ona rozejrzała się dokołna[1] niespokojnie wystraszona, że oto znajduje się na ulicy u boku kochanka, szukając schronienia. Nagle zobaczyła przed sobą czerwone drzwiczki automobilu, otwarte ręką towarzysza.
— Wsiądź — rozkazał Juljan.

I wsiadła pośpiesznie, pragnąc skryć się jak naj-

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – dokoła.