Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/046

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


o seniorze Desnoyers'ie. Straszliwy to człowiek dawnych czasów, z którym ona nie porozumie się nigdy.
Umilkli znowu zapatrzeni w siebie. Powiedzieli sobie to, co było najważniejsze, co dotyczyło ich przyszłości. Ale inne sprawy bardziej bieżące, pozostały w głębi ich jaźni i zdawały się podchodzić do oczu, wahające się i nieśmiałe, zanim się przyoblekły w słowa. Nie odważali się rozmawiać jak kochankowie. Liczba świadków rosła wciąż dokoła nich. Dama w czerwonej rotondzie z pieskami, wracała coraz częściej, skracając swoje przechadzki po skwerze, by posyłać im porozumiewawcze uśmiechy. Jegomość, czytający dziennik, rozmawiał teraz z sąsiadem z ławki o możliwościach wojny. Ogród zamieniał się w ulicę. Szwaczki wychodzące z pracowni i panie wracające z magazynów szły tędy dla skrócenia sobie drogi. Krótka aleja zapełniała się coraz bardziej i wszyscy przechodnie rzucali ciekawe spojrzenia na elegancką damę i jej towarzysza, siedzących pod cieniem krzewów i mających ten fałszywie naturalny wygląd ludzi, którzy pragnęli by się ukryć, a jednocześnie udają, że ich to nic nie obchodzi.
— Jakież to nieznośne — jęknęła znowu Margarita. — Jeszcze nas tu kto zobaczy.
Jakaś młoda dziewczyna popatrzyła na nią bacznie, a jej się zdawało, że poznaje pannę z pewnego pierwszorzędnego magazynu. A oprócz tego, mogły przechodzić ogrodem jej znajome i przyjaciółki, które przed godziną spostrzegła w tłumie, przepełniającym sąsiednie magazyny.