Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/042

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wieczorku rodzinnym. Co za ohyda!... Brakowało ciebie mistrzu.
Ściskali się znów za ręce z uśmiechem. Przed ich oczyma przesuwały się wspomnienia z przed kilku miesięcy, kiedy zaczęli się kochać, tańcząc od piątej do siódmej po południu w hotelach na Polach Elizejskich, gdzie kwitnie nierozerwalny związek tanga z filiżanką herbaty.
Ona wszelako oderwała się od tych wspomnień, ulegając natrętnej trosce, o której zapomniała tylko w pierwszych chwilach spotkania.
— Ty, który wiesz dużo, powiedz, czy będzie wojna?... Ludzie tyle mówią!... Jak ci się zdaje? Może się to wszystko ułoży.
Desnoyers poparł ją swym optymizmem. Nie wierzył w możliwość wojny. To była poprostu niedorzeczność.
— Ja mówię to samo. Nie żyjemy przecież w dzikich czasach. Znałam Niemców, zupełnie chic i dobrze wychowanych, którzy z pewnością myślą tak samo jak my. Jeden stary profesor, który bywa u nas tłumaczył wczoraj mamie, że w dzisiejszej postępowej epoce wojny nie są już możliwe. Po dwóch miesiącach nie zostało by prawie ludzi, a po trzech świat nie miałby wcale pieniędzy do dalszej walki. Nie pamiętam jak to było, ale dowodził tego tak przekonywająco, że przyjemnie było słuchać.
Zamyśliła się chwilę, chcąc uporządkować owe mętne wspomnienia, ale wystraszona tym umysłowym wysiłkiem, dodała na własny rachunek: