Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/027

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


osiedlonych z niezliczoną rodziną w republikach La Platy. On był wojskowym, kapitanem i przyjmując każdy tłusty dowcip wybuchami śmiechu, który wstrząsał jego potężnym karkiem, wyobrażał sobie, że znajduje się w koszarach wśród towarzyszy broni.
Na cześć Południowych Amerykanów, którzy z nudów weszli posłuchać, jak się zabawiają Niemiaszki, ci wysilali się na coraz nowe koncepty i wyławiali z zalanych piwem mózgownic utopione w nich anegdotki. Juljan podziwiał łatwość śmiechu, jaką byli obdarzeni ci ludzie. Podczas, gdy cudzoziemcy zachowywali się obojętnie, tamci aż się potaczali ze śmiechu na swoich siedzeniach. A gdy nawet niemieckie audytorjum pozostawało chłodne, opowiadający uciekał się do niezawodnego sposobu, mającego mu zastąpić brak dowcipu i werwy.
— Kajzerowi opowiadano tę anegdotkę, gdy Kajzer ją usłyszał Kajzer śmiał się bardzo.
Nie trzeba było więcej. Wszyscy wybuchali śmiechem: „ja! ja! ja“ w trzech krótkich odstępach, gdyż przedłużanie tych objawów wesołości mogło by być poczytanem za brak uszanowania dla Majestatu.
W pobliżu Europy cała fala nowin ruszyła na spotkanie parowca. Urzędnicy telegrafu bez drutu pracowali bez wytchnienia. Pewnego wieczora Desnoyers, wchodząc do pracowni, zobaczył germańskich notablów wymachujących rękoma z twarzami ożywionemi. Nie pili piwa; kazali odkorkować butelki szampana niemieckiego i pani Radczyni, przejęta niewątpliwie otrzymanemi wiadomościami, nie zeszła do kajuty.