Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/025

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czy rzucić się na zuchwalca, czy zmiażdżyć go pogardą.
— Młodzieńcze, pan nie wiesz, co mówisz — rzekł wreszcie majestatycznie. — Jesteś pan Argentyńczykiem, i nie znasz się na sprawach Europy.
Inni przytaknęli, cofając natychmiastowo względy, jakiemi go na krótko przedtem darzyli. Radca, z żołnierską szorstkością, odwrócił się od niego plecami i wziąwszy karty zaczął je rozdawać. Partyjka nawiązała się znowu. Desnoyers, czując się dotkniętym tem lekceważeniem, miał ochotę przerwać gwałtownie grę. Ale niewidzialne kolano w dalszym ciągu doradzało mu spokój, a ręka również ukryta poszukała prawicy młodzieńca, przytrzymując ją łagodnie. To wystarczyło, żeby odzyskał pogodę ducha. Pani Radczyni śledziła bacznym wzrokiem przebieg gry. On zaczął się również przyglądać i złośliwy uśmiech igrał mu leciutko w kącie ust, podczas gdy on sam mówił sobie w rodzaju pogróżki:
— Kapitalnie!... Kapitalnie!... Nie wiesz, co cię czeka.
Gdyby to się działo na stałym lądzie Juljan nie byłby się zbliżył więcej do tych ludzi, ale życie na parowcu z jego nieuniknionem potykaniem się ciągle zmusza do niepamięci. Nazajutrz radca i jego przyjaciele poszukali go, przesadzając się w uprzejmościach, by zatrzeć nieprzyjemne wspomnienie. Juljan był młodzieńcem „dystyngowanym“, należał do bogatej rodziny, zaś oni wszyscy posiadali w jego kraju sklepy i fabryki. Jednego się tylko postanowili wystrzegać: nie