Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


że wszyscy przypisali jakąś nadmierną wagę jego osobie.
— My — ciągnął dalej radca, patrząc uporczywie na Desnoyersa, jak gdyby oczekiwał od niego jakiegoś uroczystego zobowiązania — my pragniemy żyć w przyjaźni z Francją.
Młody Juljan potakiwał głową, by nie wyglądać na roztargnionego. I jemu wydawało się, że ci ludzie nie wyglądali na wrogów. Zresztą, jak dla niego, przyjaźń ta mogła się ugruntować, kiedy by tylko zechciała. W danej chwili obchodziło go tylko pewne kolano, które szukało jego kolana pod stołem, udzielając mu swego słodkiego ciepła przez podwójną warstwę jedwabiu.
— Ale Francja — ciągnął dalej z żalem przemysłowiec — okazuje się oporną względem naszych zabiegów. Przed laty już cesarz wyciągał do niej rękę wielkodusznie, ale ona udała, że tego nie widzi. Przyznasz pan sam, że to nie było w porządku.
Tu Desnoyers uznał, że mu wypada coś powiedzieć, aby jego przedmówca nie spostrzegł, że młodzieniec jest czem innem zajęty.
— Jednakże Niemcy nie czynią tego, co powinny. Niechby oddały przedtem to, co sobie przywłaszczyły.
Nastąpiło pełne zdumienia milczenie, jak gdyby zadźwięczał dzwonek alarmowy. Paru z obecnych, którzy nieśli cygaro do ust pozostali w ten sposób, wytrzeszczając oczy. Ale znajdował się tam przecież kapitan landsturmu i ten pośpieszył dać wyraz niememu protestowi: