Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/019

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pragnie, aby Francja była potężną, i abyśmy kiedyś poszli razem na innych wrogów... na innych!
I przymrużył złośliwie oko z tym samym uśmiechem wspólnego porozumienia, jakie obudziła we wszystkich ta wzmianka o tajemniczych wrogach.
Wkońcu kapitan-radca wzniósł kielich na cześć Francji. „Hoch!“, krzyknął, jak gdyby wydawał rozkaz swoim żołnierzom rezerwy. Trzykrotnie powtórzył okrzyk i cała germańska publiczność powstawszy, odpowiedziała takim samym „Hoch!“, podobnym do ryku, podczas, gdy orkiestra umieszczona w kredensowym pokoju, tuż obok sali jadalnej, zaczęła grać Marsyljankę.
Desnoyers wzruszył się. Dreszcz zapału przebiegł mu po plecach, oczy zwilgotniały i nie byłby przysiągł, że pijąc szampana nie uronił paru łez. Nosił nazwisko francuskie, miał w żyłach krew francuską i co czynili ci Niemiaszkowie — którzy przeważnie wydawali mu się śmieszni i ordynarni — było godnem wdzięczności. Jakto! Poddani Kajzera obchodzą wielkie święto Rewolucji! Zdawało mu się, że patrzy na wielki czyn historyczny.
— Bardzo dobrze — rzekł do innych Południowych Amerykanów, siedzących przy sąsiednich stołach. — Trzeba przyznać, że postąpił bardzo przyzwoicie.
Poczem z zapałem swoich dwudziestu siedmiu lat napadł w korytarzu na jubilera, wyrzucając mu jego milczenie. Był on wszakże jedynym obywatelem francuskim na parowcu. Powinien był powiedzieć choć