Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wzięte udawało mu pewne podobieństwo do brytana. Mocą wyobraźni widział wysoki i ciasny kołnierz munduru, nad którym przelewał się podwójny wałek czerwonego tłuszczu. Głos miał suchy, ucinkowy, jakgdyby skandował wyrazy... Tak musiał wyrzucać z siebie swoje mowy cesarz. I wojowniczo usposobiony mieszczuch w bezwiednem naśladownictwie, kurczył lewą rękę, opierając dłoń o niewidzialną głowinę pałasza.
Pomimo jego dumnej postawy i urzędowej przemowy, wszyscy niemieccy słuchacze zaczęli się śmiać hałaśliwie przy pierwszych słowach, jak ludzie umiejący ocenić poświęcenie takiego Herr Comerzienrath‘a, kiedy raczy wziąć udział w zebraniu.
— Mówi rzeczy bardzo ucieszne o Francuzach — objaśnił tłumacz pocichu — ale niema w nich nic obraźliwego.
Juljan odgadł coś z tego, słysząc powtarzający się wciąż wyraz „Franzosen“. Zdawał też sobie w przybliżeniu sprawę z tego, co mówił pan radca: „Francuzi, wielkie dzieci, wesołe, uprzejme, nieopatrzne. Pomyśleć o tem co mogli by dokonać wspólnie, oni i Niemcy, gdyby zapomnieli o urazach przeszłości!“ Słuchacze niemieccy już się nie śmieli. Radca porzucił swą ironiczność, ironiczność wspaniałą, miażdżącą, pełną wzniosłych odcieni, ogromną, jak sam parowiec. Teraz rozwijał poważną część swej przemowy i sam ów komisant zdawał się wzruszonym.
— Mówi, proszę pana, — ciągnął dalej, — że