Przejdź do zawartości

Strona:Henryk Sienkiewicz - Wiry 02.djvu/309

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.




XXVI.

Doktór Szremski, wróciwszy do hotelu, począł rozmyślać nad słowami Świdwickiego, które głęboko utkwiły mu w pamięci. Przed oczyma przesuwały mu się obrazy konduktu pogrzebowego i tej trumny z ofiarą zamordowaną przez tych, dla których chciała czynić dobrze. »Tak, tak mówił sobie, to niby pomyłka, ale podobne pomyłki są istotnie logicznem następstwem rozpętania ślepych zwierzęcych instynktów. Trzeba przyznać, że w tej chwili zlatujemy na złamanie karku do jakiejś bezdennej przepaści. I to nie tylko my. — Ale czy wolno z tego wnioskować, że jak dziś odprowadziliśmy zabitą przez motłoch pieśń, tak za lat dziesięć, dwadzieścia, czy pięćdziesiąt będziemy świadkami pogrzebu nauki, kultury i cywilizacyi? Pozornie — tak. Najwyższy czas, żeby Bóg, który rządzi światem,