Strona:Henryk Sienkiewicz - Wiry 02.djvu/221

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    —   213   —

    — Nie bardzo jest czego. Czasem trafi się coś zasługującego na uwagę, ale najczęściej dzieją się takie głupstwa, że po prostu wstyd.
    — O, już wychodzą — zauważył rejent — ale czego tak krzyczą?
    — Czekajmy, to chyba jakaś awantura — rzekł Groński.
    Jakoż widocznie była awantura, albowiem z ogromnego przedsionka gmachu wypadło na szerokie schody kilkudziesięciu ludzi, bez czapek i kapeluszy, którzy w mgnieniu oka utworzyli bezładną kupę. W kupie tej poruszały się gwałtownie ręce, laski, parasole, a ruchowi ich towarzyszył przeraźliwy wrzask. Następnie ze skłębionej czerni, pchnięty dziesiątkami ramion, wyleciał jak z procy jakiś człowiek, z gołą głową, i w poszarpanym surducie i zeskoczywszy ze schodów, przewrócił się pod samemi nogami doktora, tak, że o mało nie zwalił na ziemię i jego i rejenta.
    — Świdwicki! — zawołał ze zdumieniem Groński.
    A Świdwicki podniósł się i, wygrażając pięścią tłumowi, który wyrzuciwszy go za drzwi wracał znów do sali, począł mówić zdyszanym głosem: