Przejdź do zawartości

Strona:Henryk Sienkiewicz - Wiry 02.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
—   117   —

już wypowiedzieć te słowa, które mi palą usta. Kiedy będę mógł przyjść?
— Dziś, o czwartej odpowiedziała. — Ja także mam powiedzieć panu takie rzeczy, od których wszystko zależy.
— Wszystko zależy od pani — i od niczego więcej.
Lecz jej jasne policzki oblały się jaskrawym rumieńcem, w oczach zabłysnął jakby przykry niepokój i odrzekła:
— Dałby Bóg... Pan nie wie... Pan nie wie — powtórzyła z naciskiem. — Będziemy sami... Ale teraz musimy się pożegnać.
Władysław odprowadził ją do doróżki, ucałował jej ręce i pozostał sam. Słowa jej potwierdzające to, o czem wspominał na skutek rozmów z panią Otocką Groński, zaniepokoiły go jednak, ale na krótko, gdyż był zbyt rozkochany, by mógł przypuścić poważnie, że coś może tę miłość zmniejszyć, lub odwieść go od zamiarów. Na samą myśl o tem wzruszył ramionami.
— Kobiety — rzekł sobie — zawsze są pełne skrupułów i do istotnych trudności dodają urojone.
Poczem wrócił w najlepszym humorze do