Strona:Henryk Sienkiewicz-W pustyni i w puszczy.djvu/358

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   350   —

upływ krwi i odprowadzić rannego do namiotu. W nodze jednak, od wewnętrznego wylewu krwi, potworzyły się skrzepy, i choremu groziła gangrena.
Staś chciał go koniecznie opatrywać i oświadczył, że albo będzie przyjeżdżał codziennie, albo, by nie zostawiać Nel tylko pod opieką dwojga czarnych, przewiezie go między końmi na rozpiętych wojłokach na cypel, do »Krakowa«.
Linde zgodził się na pomoc w opatrunkach, ale nie zgodził się na przewiezienie.
— Ja wiem, — mówił, wskazując na swoich Murzynów — że ci ludzie muszą pomrzeć, ale, póki nie pomrą, nie mogę ich skazać na rozszarpanie żywcem przez hyeny, które nocami ogień tylko trzyma w oddaleniu.
I począł powtarzać gorączkowo:
— Nie mogę, nie mogę, nie mogę!
Lecz uspokoił się zaraz i mówił dalej, jakimś dziwnie wzruszonym głosem:
— Przyjdź tu jutro rano… Ja mam do ciebie prośbę, którą jeśli spełnisz, to może Bóg wyprowadzi was z tych afrykańskich czeluści, a mnie da śmierć lekką. Chciałem tę prośbę odłożyć do jutra, ale ponieważ jutro mogę już być nieprzytomny, więc wypowiem ją dziś: weź wody w jakie naczynie, zatrzymaj się przed każdym z tych śpiących biedaków, pryśnij na niego wodą i powiedz te słowa: »Ja ciebie chrzczę — W Imię Ojca Syna i Ducha!…«
Tu wzruszenie zatamowało mu głos i umilkł.
— Wyrzucam sobie, — mówił po chwili — żem