Strona:Henryk Sienkiewicz-Potop (1888) t.5.djvu/095

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    przyjechał, gdy nagle obaj ujrzeli nadlatującego co koń wyskoczy pacholika.

    — Coto za dyabeł tak pędzi? — rzekł Szandarowski — i jeszcze na źrebaku?

    — Chłopak wiejski — odrzekł Kowalski.

    Tymczasem pacholę przyleciało przed sam szereg i zatrzymało się dopiero wówczas, gdy źrebak, przestraszony widokiem koni i ludzi, stanął dęba i zarył kopytami w ziemię. Pacholik zeskoczył i trzymając źrebaka za chmyza, skłonił się panom rycerzom.

    — A co powiesz? — spytał, zbliżywszy się Szandarowski.

    — Szwedy u nas w plebanii; gadają, że sam król między nimi! — rzekł pachołek z iskrzącym wzrokiem.

    — A siła ich?

    — Nie będzie nad dwieście koni.

    Szandarowskiemu zkolei zaświeciły się oczy; lecz bał się zasadzki, więc spojrzał groźnie na chłopaka i rzekł:

    — Kto cię przysłał?

    — Co mnie kto miał przysyłać! Samem na źrebaka na grudzie skoczył, ledwom się nie zatknął i czapkę zgubił. Dobrze, że mnie, ścierwa, nie obaczyli!

    Prawda biła z opalonej twarzy pacholika i ochotę miał widocznie wielką na Szwedów, bo mu policzki pałały i stał przed oficerami, trzymając jedną ręką za grzywę źrebca, z rozwianym włosem, rozchełstaną koszulą na piersiach, oddychając szybko.

    — A gdzie reszta szwedzkiego wojska? — spytał chorąży.

    — Jeszcze o świtaniu przewaliło się ich tyla, żeśmy zrachować nie mogli, ale tamci poszli dalej,