Strona:Henryk Sienkiewicz-Potop (1888) t.3.djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


trionów łatwiej, dopóki jako ogłupieli stoją. Chciałem was przestrzec pod innem nazwiskiem, byście łatwiej uwierzyli, ale że się już wydało od kogo wiadomość, tedy swoje podpisuję. Zguba, jeśli nie uwierzycie, bo i ja już nie ten, co byłem, a da Bóg całkiem inaczej jeszcze o mnie usłyszycie. — Kmicic“.

— Chciałeś wiedzieć, jak Radziwiłł przyjdzie do nas, ot, masz odpowiedź! — rzekł Jan Skrzetuski.

— Prawda jest… Dobre racye daje! — odpowiedział Wołodyjowski.

— Coto dobre! święte racye! — zawołał Zagłoba. — Tu nie może być wątpliwości. Jam się pierwszy na tym człowieku poznał i choć niema przekleństwa, któregoby nad jego głową nie miotano, ja wam powiadam, że jeszcze go będziem błogosławić. U mnie dość na człeka spojrzeć, żeby wiedzieć, co wart. A pamiętacie jako mi do serca przypadł w Kiejdanach? Sam on też nas kocha, jako ludzi rycerskich, a gdy moje nazwisko pierwszy raz usłyszał, to mnie mało nie udusił z admiracyi i przeze mnie wszystkich was ocalił.

— Jegomość to się nic nie zmienił: — zauważył Rzędzian — czegóżbyto pan Kmicic miał więcej jegomości od mego pana, albo od pana Wołodyjowskiego admirować?

— Głupiś! — odpowiedział Zagłoba. — Na tobie odrazu się poznał i jeżeli cię zowie dzierżawcą, nie kpem z Wąsoszy, to jeno przez politykę!

— To może i jegomości przez politykę admirował? — odparł Rzędzian.

— Obacz jak chleb bodzie; ożeń się panie dzierżawco a będziesz jeszcze lepiej bódł… Ja w tem!

— Wszystko to dobre — rzekł Wołodyjowski —