Przejdź do zawartości

Strona:Henryk Sienkiewicz-Potop (1888) t.3.djvu/089

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

sam książe hetman już tu przyciągnął? Nuże! Powiadaj wraz, co się stało?

 Lecz pan Wołodyjowski wypadł tymczasem z izby, chcąc widać naocznie sprawdzić rozmiary klęski i ludzi obejrzeć; więc Rzędzian rzekł:

 — A poco mam opowiadać, lepiej poczekać, aż pan Wołodyjowski wróci, bo to najwięcej jego sprawa, a szkoda gęby dwa razy jedno powtarzać.

 — Widziałżeś Kmicica na własne oczy? — pytał pan Zagłoba.

 — Jako jegomości widzę!

 — I gadałeś z nim?

 — Jakżem nie miał gadać, kiedy my się w Pokrzyku niedaleko ztąd zjechali; ja koniom wypoczywałem, a on na nocleg stał. Mało godzinę gadaliśmy, bo nie było co innego robić. Ja narzekałem na Szwedów, a on też narzekał…

 — Na Szwedów? On także narzekał? — pytał Skrzetuski.

 — Jak na dyabłów, choć między nich jechał.

 — Siła było wojska z nim?

 — Żadnego z nim wojska nie było, ino czeladzi kilku, prawda, że zbrojnych i z takiemi mordami, że już chyba i ci, którzy świętych młodzianków za herodowym ordynansem wycinali, sroższych i szpetniejszych nie mieli. Powiadał mi się chodaczkowym szlachcicem i mówił, że z końmi na jarmarki jedzie. Ale choć koni mieli kilkanaście w tabunku, przecie mi się to nie wydało, bo to i osoba inna i fantazya nie taka, jak u koniuchów i pierścień zacny na ręku widziałem… Ten właśnie!

 Tu błysnął Rzędzian przed oczy słuchaczom ko-