Strona:Henryk Sienkiewicz-Ogniem i mieczem (1901) t.3.djvu/318

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Druhy Bohunowi.
— Kraśna wiedźma — mruknął pod wąsikami pan Michał.
— A poco wy tu przyjechali?
— Masz tu piernacz, nóż i pierścień — wiesz co to znaczy?
Olbrzymka wzięła znaki do ręki i poczęła je pilnie rozpatrywać, poczem rzekła.
— Te same są! wy po kniaziównę?
— Tak jest. A zdrowa ona?
— Zdrowa. A czemu to Bohun sam nie przyjechał?
— Bohun ranny.
— Ranny? ja to we młynie widziała.
— Jeżeliś widziała, to czego pytasz? Łżesz, waltornio! — rzekł poufale Rzędzian.
Wiedźma pokazała w uśmiechu białe jak u wilka zęby i złożywszy dłoń w kułak, szturchnęła pod bok Rzędziana.
— Ty, mały, ty!
— Pójdziesz precz!
— Nie daruj! pocałuj! hu! A kiedy weźmiecie kniaziównę?
— Zaraz, jeno koniom odpoczniemy.
— To bierzcie! pojadę i ja z wami.
— A ty poco?
— Memu bratu śmierć pisana. Jego Lachy na pal wsadzą. Pojadę z wami.
Rzędzian pochylił się w kulbace, niby dla łatwiejszej rozmowy z olbrzymką, i ręka jego spoczęła nieznacznie na kolbie pistoletu.
— Czeremis, Czeremis! — rzekł, pragnąc zwrócić uwagę swych towarzyszów na karła.