Strona:Henryk Sienkiewicz-Nowele tom VII.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


noc uczyniła się jaśniejsza, zapachniały mocniej jaśminy, zadzwoniły weselej źródła, Muzy skupiły się nakształt stada białych łabędzi i drżącemi jeszcze z trwogi głosami poczęły śpiewać zcicha dziwne, niezasłyszane dotąd nigdy na wysokościach Olimpu słowa:

„Pod Twoją Obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko...
Naszemi prośbami nie racz gardzić...
Ale od wszelakich złych przygód racz nas zawsze zachować...
O Pani nasza!...“

I tak śpiewały na wrzosach, podnosząc w górę oczy, jako białogłowe mniszki pobożne.

. . . . . . . . . . . . . . .

Przeszli i inni bogowie. Poleciał korowód Bakcha, dziki, wyuzdany, uwieńczon w bluszcz i winograd, zbrojny w cytry i tyrsy. Przeleciał z okrzykami szału, rozpaczy — i zapadł się w otchłań bezdenną.




Wtem przed Apostołami stanęło inne bóstwo: wyniosłe, harde, gorzkie — i, nie czekając ni pytań, ni wyroku, pierwsze przemówiło ze wzgardliwym na ustach uśmiechem:
— Jam jest Pallas-Atene. Nie proszę was o życie, gdyż jestem tylko złudzeniem. Słuchał mnie i czcił Odys, wówczas, gdy się postarzał; słuchał Telemak, póki włos nie okrył mu brody. Nieśmiertelności nawet wy nie zdołacie mi odjąć, ale natomiast mówię wam, że cieniem marnym byłam, cieniem jestem i cieniem pozostanę na wieki.