Strona:Henryk Sienkiewicz-Na polu chwały 1906.pdf/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jeśli nic, to chwała Bogu! — odparł Taczewski — ale ja mam już dość, a do waści rękę wyciągam. Waćpan prawdziwie po kawalersku stawałeś.
Cypryanowicz, podniecony bardzo, ale zarazem ujęty słowami pana Jacka, stał przez chwilę, jakby wahając się, czy ma dać pokój, czy nacierać dalej — wreszcie jednak schował szablę do pochwy i wyciągnął dłoń.
— Niechże i tak będzie. Co prawda, to i broczę, jak się patrzy.
To rzekłszy, dotknął lewą ręką brody i począł spoglądać jakby ze zdziwieniem na krew, która poplamiła mu obficie dłoń i palce.
— Trzymaj śnieg na ranie, bo spuchnie! — rzekł pan Jacek — i chodź do woza.
To rzekłszy, wziął go pod ramię i poprowadził do Bukojemskich, którzy spoglądali na niego w milczeniu, nieco zdziwionym, a zarazem osowiałym wzrokiem. Pan Jacek budził w nich teraz rzetelny szacunek, nietylko jako mistrz w szable, ale jako kawaler „górnych manier,“ takich właśnie, jakich im brakło.
Więc, dopiero po chwili, Mateusz zwrócił się do Cypryanowicza:
— Jakoż ci jest Stachu?
— Dobrze. Mógłbym i piechotą pójść, ale wolę na saniach, bo będzie prędzej.
A Taczewski przysiadł się bokiem przy nim i zawołał na woźnicę:
— Do Wyrąbek!
— Dokąd? — zapytał Cypryanowicz.
— Do mnie. Nie będzie tam waszmościom wygodnie, ale trudno. W Bełczączce postrachałyby się niewiasty, a u mnie jest ksiądz Woynowski, który waściów opatrzy, bo się na ranach zna wybornie. Po konie waszmościów można posłać, a potem uczynicie co zech-