Strona:Henryk Sienkiewicz-Na polu chwały 1906.pdf/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Z waćpanem zgoła inna rzecz — ozwał się. — Nie byle kto waści układał.
— Szkoda, że nie waćpan! — odpowiedział Cypryanowicz.
I uradował się podwójnie, naprzód z pochwały, a powtóre z tego, iż odpowiedział, albowiem na rozmowę w czasie walki pozwalali sobie tylko najzawołańsi rębacze, a grzeczna rozmowa uważana była przytem za szczyt dworności. Wszystko to podnosiło Cypryanowicza we własnych oczach.
Natarł więc znów z dobrą otuchą. Wszelako, po kilku jeszcze złożeniach, musiał uznać w duszy wyższość przeciwnika. Taczewski odbijał jakby od niech, cenia, ale z największą łatwością — i w ogóle zachowywał się tak, jakby chodziło nie o pojedynek, ale o szermierkę dla wprawy. Widocznie pragnął przekonać się co też Cypryanowicz umie i o ile wyższy jest od Bukojemskich, a zbadawszy tę rzecz dokładnie, był już zupełnie sobie pewny.
Zrozumiał to i pan Stanisław, a przeto i radość jego znikła i począł atakować goręcej. A wtem Taczewski skrzywił się, jakby już miał dosyć zabawy, odbił cios zwany „mylnym“ — i natarł a po chwili uskoczył w bok.
— Dostałeś waść! — rzekł.
Cypryanowicz poczuł istotnie jakby zimno w ramieniu ale rzekł:
— Nic mi! Dalej!
I przyciął znów, lecz w tej chwili koniec szabli Taczewskiego roztworzył mu dolną wargę i skórę na brodzie. Pan Jacek uskoczył po raz wtóry.
— Broczysz! — rzekł.
— Nic i to!