Strona:Henryk Sienkiewicz-Listy z Afryki.djvu/225

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    nieuprawne polanki, odgraniczone od pól murem gąszczów, a porosłe dżonglami, nad któremi wznosiły się samotne boababy, o szczupłej stosunkowo koronie, lecz pniu potwornym. Droga zmieniła się w ścieżkę, po której często maszerowały kolumny mrówek; ptactwo latało nad haszczami coraz więcej, a niektóre drzewa były pokryte całemi setkami gniazd remizów. Ksiądz Ruby utrzymywał wprawdzie, że idąc dalej, trafia się znów na wioski, osady, ogrody palm i mangów, lecz że upłynęło już kilka godzin od wyjścia z miasta i słońce dopiekało coraz silniej, postanowiliśmy nie iść dalej, przeczekać w cieniu godziny największego upału i wieczorem powrócić do domu.
    Zatrzymaliśmy się pod drzewem chlebowem którego olbrzymie, podobne do dyń owoce, zwieszały się na cienkich szypułkach nad naszemi głowami. Przed nami była rzeka, tworząca w tem miejscu szczerk dość obszerny i łatwo przystępny. Natomiast drugi jej brzeg porośnięty był arumami tak wielkiemi, jakich nigdy w życiu nie widziałem. Nie przypuszczałem nawet, żeby ta roślina mogła dochodzić do podobnych rozmiarów. Rosły one tak gęsto, iż zdawało się, że jeden wyrasta na drugim; ogromne sercowate liście