Strona:Henryk Sienkiewicz-Listy z Afryki.djvu/216

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    dzy murzynami, wyznającymi islam, którzy, unikając stosunków z misyami, nie mogą tem samem być szczepieni.
    Bądź co bądź, po pewnym czasie, lubo żaden z nas nie zapadł obłożnie, czuliśmy się zmęczeni i niezupełnie zdrowi. Z tem większą też niecierpliwością oczekiwaliśmy powrotu tego żelaznego brata Oskara, którego dwadzieścia siedem lat pobytu, podróży i pracy w tych klimatach, nie zdołało nadwerężyć. Ogarniał mnie także niepokój, że przy dalszej mitrędze lato zbliży się do końca i zagrozi nam „massika“, to jest pora dżdżysta, która poczyna się mniej więcej wówczas, kiedy u nas przychodzi wiosna. Oczywiście, że w czasie takiej pory podróż jest trudna i widzi się kraj daleko gorzej. By skrócić sobie dni oczekiwania i choć cokolwiek zająć się przygotowaniami do wprawy, zamierzyliśmy przenieść się do Bagamoyo. Klimat jego jest jeszcze niezdrowszy, niż zanzibarski, ale zawsze co nowość, to nowość.
    Tymczasem 21-go lutego nadeszła z Europy „Africa,“ należąca do angielskiej „Peninsular and Orient Company“ i przywiozła nam listy i gazety. Czem są listy z domu w takich warunkach, zrozumie ten tylko, kto je odbierał za morzami, na