Strona:Henryk Sienkiewicz-Listy z Afryki.djvu/052

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    nia, zalana blaskiem uroczystym i ogromnie smutnym.
    Ale w owej melancholii niema nic przykrego. Przeciwnie, jestto wielka i nad wszelki wyraz doskonała symfonia, której pojedynczemi akordami są Piramidy, Sfinks, księżyc i pustynia. Bierze ona duszę ludzką i kołysze ją, jak do snu. Warto przyjechać do Egiptu, by się raz w życiu taką symfonią upić!
    Spokój naokół. Tylko księżyc wzbija się wyżej i wyżej. Z rozgrzanej w dzień od promieni słonecznych ziemi wstają opary i pełzną po pustyni, choć nie ma najmniejszego wiatru. Na chwilę przesłoniły Sfinksa, ale księżyc wnet go wydobył, opar zaś poszedł dalej i obwinął piramidę Mendera, która nie wiem dlaczego, ze srebrnej, stała się nagle różową, potem zgasła, a potem odzyskała znów swą księżycową barwę.
    Do świtu było jeszcze daleko, bo ni księżyc, ni gwiazdy nie bladły; ale noc ubiegała. W namiotach beduińskich, leżących w głębi pustyni, ozwało się pianie koguta, a za tym pierwszym ozwał się drugi, trzeci, dziesiąty; nagle dało się słyszeć skrzypienie piasku i jakieś głosy: widocznie ktoś się zbliżał. Jakoż po chwili, na pias-