Strona:Henryk Sienkiewicz-Listy z Afryki.djvu/046

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    je od wewnątrz, więc noc nie jest zbyt ciemna — raczej szara, niż srebrna.

    Idzie się jednak cokolwiek po omacku. Piramidy, które zdaleka rysowały się czarno, zbliska wydają się szare. Przychodzimy tuż do Cheopsa. Stojąc u samych stóp, nie widzi się szczytu, bo trójkątna płaszczyzna, idąc pochyło w górę, usuwa się z promienia oka, skutkiem czego piramida wygląda, jak obłe wzgórze. Opodal majaczeje Cefren. W tym mroku oko dostrzega i rozróżnia przedmioty, ale kształty są niepewne, zarysy ich rozpraszają się, topnieją i zlewają z otoczeniem. Wszystko jest blado-szare — i piasek pustyni i głazy piramid i utworzone z pokruszonych kamieni stosy odłamów, wszystko jakieś niezwarte, widziadłowe, senne, jakby pozbawione bryłowatości i ciężaru.
    Cisza — aż w uszach dzwoni! Można ją nazwać grobową, bo przecie jesteśmy wśród grobów. Nakokoło świat obumarły. I my mówimy cicho — i mało. Wspiąwszy się nieco na piramidę Cheopsa, siedzimy w milczeniu i każdy stara się uświadomić sobie własne wrażenia. To wszystko, co nas otacza, takie jest odmienne od tego, co się w życiu widziało, takie dziwne i tak jakoś bezwzględne w swym ogromie — wśród no-