Strona:Henryk Sienkiewicz-Humoreski z teki Worszyłły.pdf/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


złemi” książkami, niż pilnować ich pojęć moralnych.
Ale wreszcie kończy się kazanie, a następnie i suma, poczem wszyscy wychodzą przed kościół. Tu mimo ostrzeżeń Misia, że parafiańszczyzną jest nie jechać natychmiast po mszy do domu, niepodobna tej parafiańszczyzny uniknąć, ponieważ Złotopolskiego zatrzymują i witają znajomi. Następuje obustronna prezentacya, przyczem panowie z Warszawy lokują dłonie prawie tuż pod pachami i wyciągają palce, po które, wedle wyrażenia Misia, kto chce, niech sobie sięga. Jakoż szlachta sięga, a pan Sidorowicz z panem Feliksowiczem zbliżają się jednocześnie do księcia Antosia.
— Są chwile w życiu... — zaczyna pan Sidorowicz.
— Gdy na horyzoncie księżyc jaśnieje... — przerywa pan Feliksowicz.
— Przepraszam pana! nie o tem mowa.
— Bardzo pana przepraszam!
Tu obaj mówcy rozdymają nozdrza i spoglądają na siebie z wściekłością, a książę Antoś na nich ze zdumieniem; szczę-