Strona:Henryk Sienkiewicz-Humoreski z teki Worszyłły.pdf/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pewne zakłopotanie na twarzach obydwóch: zgadłeś, przyszła na nich ciężka chwila.
— Wiele ci może zostać po zajęciu Złotopola? — spytał znowu Rossowski.
— Nic.
— Nic zupełnie?
— Te trochę gratów.
Widocznie niedola, o której mówili, miała na imię: ubóstwo. A jednak na pozór nic nie zdawało się go zapowiadać: ubrania na nich były pierwszej mody; fotele, na których siedzieli, aksamitne, mieszkanie umeblowane ze smakiem i dostatkiem; przed nimi stała elegancka zastawa do śniadania. Nic nie brakło, chyba wesołości u rozmawiających.
— Więc cóż tedy myślisz robić?
— Mówiłem ci, że nic nie wiem.
— O! ciężkie czasy, w których nawet ludzie tacy, jak my, muszą sami o sobie myśleć.
— Ciężkie! — potwierdził Złotopolski.
— Z Bujnickiemi nie możemy skończyć?
— Choćby dziś. Matka jest za mną, a panna pewno nie ma nic przeciw.