Strona:Henryk Ibsen - Peer Gynt.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


KOWAL: (oparty o płot)
Nie wstaniesz? Co? Leżysz od rana?
PEER: Do kroćset! Kowal! A ty tutaj naco?
KOWAL: Ma jeszcze dotąd w kościach to ladaco
Zabawę lundzką...
PEER: (zrywa się) Odejdź, bardzo proszę!
KOWAL: Idę, lecz, chłystku, widać, żeś rozkosze
Miał w onych górach… Któż cię zaczarował,
Żeś się przed nami sześć tygodni chował?
PEER: Ja tam ogromnem przeprowadził sprawy…
KOWAL: (mruga na pozostałych) Czy posłyszymy?
PEER: Jeszcze nie, łaskawy
Panie kowalu.
KOWAL: (po chwili) Może do Haegstadu?
PEER: Nie!
KOWAL: Bo to, widzisz, dawniej — gadu, gadu —
Pono ta dziewka coś sprzyjała tobie?
PEER: Czarny gawronie!
KOWAL: (cofa się) Wiesz, przez to w żałobie
Chodzić nie trzeba — nie będzie Ingryda,
To będzie inna — a każda-ć się przyda…
Syn Jana Gynta — — zbyteczne namowy:
Lezą mu w rękę jagniątka i wdowy.
PEER: Do piekła z tobą!
KOWAL: Bądź zdrów, narzeczonej
Oddam od ciebie serdeczne ukłony.

(odchodzą z szeptami i śmiechem)

PEER: (spogląda chwilę za nimi, a potem z pogardliwym gestem odwraca się przez pół)
Co do mnie — Haegstad niech, z kim chce, się kładzie,
Ja tam nie myślę stać im na zawadzie.

(przygląda się sobie od dołu)