— co rodzi? pytałam już cała zbolała.
— Krew i niewola, — odrzekł zmieniony do niepoznania...
I zrobiło się tak ciemno, że aby ujrzeć ludzki świat, musielibyśmy spuścić się z obłoków...
Kulę ziemską, otoczoną czarnym dymem, mieliśmy u stóp naszych; — mordy, pożogi, jęki, unosiły się ku nam, a w miarę odźwierciedlenia się ich w nas, w miarę odczucia ich, gwiazdy nasze świeciły jaśniej — skrzydła rozwijały się szerzej...
Naraz... O! Ziemio! — O! Nieba!... Ujrzałam lejącą się krew!... Moją własną polską krew!... Ujrzałam braci i siostry w niewoli!...
Oszalała z bólu, zerwałam gwiazdę z czoła, — odjęłam srebrnopusze skrzydła do ramion, a oddając je geniuszowi — błagałam:
— Zabierz me piękno! — zabierz z mych ócz sztukę świata całego! Zabierz, jako ofiarę — za jednę męczeńską kroplę polskiej krwi, — za jedną gorzką kroplę polskiej łzy!...
— O — geniuszu świata! nie mogę pozostać z tobą — bo krew, bo łza mego ludu ciągnie mnie na dół do siebie...
Zabrał mi geniusz odznaki piękna, a ja, zbolała, smutna, zapłakana, wpadłam w ocean krwi braci moich... I nie byłam już sobą, ale bólem Polski całej!...
I długo... długo, nie widziałam nic... nie słyszałam nic... bo z bólu serdecznego leżałam w odrętwieniu. Wróg jak robak niszczył me ciało, a dusza znieczulona spoczywała w letargu.
Aż dnia jednego, zbudził mnie promień świetlany, — a w promieniu tym, ujrzałam znowu mego Anioła z gwiazdą na czole...
— Powstań! — rozkazał. — Jesteś Odrodzoną! Poświęceniem piękna, jękiem, krwią, bólem Golgoty — okupiłaś wolność ludu!.. Powstań zbolała Polsko, jako geniusz narodów!!!