Strona:Helena Mniszek - Zaszumiały pióra.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bie, że będziesz moją. Jest to nieomylny znak jednakowej rasy, spotkanie się pokrewnych typów.
— Mówi pan jak Bourget.
— Ach tak! no więc i pokrewnych dusz. Czy pani wierzy w platoniczną miłość?...
Zastanowiła się, poczem poruszyła głową.
— Nie, może być platoniczne uczucie polegające więcej na przywiązaniu, ale miłość, w całem słowa znaczeniu, ma zawsze podkład inny.
— Zmysłowy, mówmy otwarcie, pani rozumie to jednakowo dobrze jak ja. Nasza miłość wyrośnie nie tylko na tej glebie. Obecnie pojmują się nasze duchy, i popycha nas ku sobie wspólność typów. Wszystko to z czasem stworzy potężne uczucie.
— Więc pan mnie również nie kocha?...
— Owszem, ale po swojemu. Poco pani powiedziała również?...
— Bo i ja pana nie kocham.
— Owszem, ale także na swój sposób.
— Ha! ha! ha! — śmiała się Anna podnieconym śmiechem. Wsparta o aksamitną poduszkę, śmiała się serdeczną, długą gamą.
On siedział milczący, wpatrzony w nią. Szare jego źrenice nabierały blasku, twarz bladła. Na sfałdowanem czole żyły miał nabrzmiałe, nozdrza mu latały, usta zacinał.
Nagle zerwał się, stanął przed nią i porywając jej ręce zawołał stłumionym głosem:
— Pani Anno, co znaczy ten śmiech?... On mnie obraża, z czego się pani śmieje?....
— Z sytuacji!... ha, ha, ha!...
Ściskał mocno jej dłonie, przeczuwał w tym śmiechu jeszcze coś innego i milczał.
Po chwili usiadł, ona się uspokoiła.
— Dlaczego sytucja nasza wydała się pani tak śmieszną?... — spytał.
— Nie wiem! nie wiem! nawet nie śmieszną ale... dziwną, sam pan przyzna, że nasza rozmowa....
— O tak, jest dość oryginalną, i mogła powstać tylko między ludźmi tego rodzaju co my. Z panią nie mogę rozmawiać jak z pierwszą lepszą panną, i nie umiem padać na kolana, prosząc