Strona:Helena Mniszek - Gehenna T. 1.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dziewczyna porywa wszystkich, nie dbając oto i właśnie dlatego, że rozsiewa dokoła siebie czar dziwny, przyszły mu na myśl słowa Kochanowskiego, stosowane do własnej córki.

„Co pocznie, gdzie się ruszy
Wdzięczność ją prawuje
I wszędzie niewidocznie
Za nią postępuje“.

Nadawało się to wybornie i do wdzięcznej postaci Tarłówny.
— Co z tego będzie? — zadawał sobie pytania pan Teodor.
Nurtował się wewnętrznie, idąc wolno poza młodzieżą. Wyprzedzili go znacznie, dążąc do domu.
Kościesza ze zwieszoną głową wszedł w bramę, zamykającą piękny czworobok turzerogskiego dziedzińca.
Rezydencja stara rozpościerała dużo cieniów, od drzew przepysznych, od wysokich, ciętych żywopłotów i, sam dom, potężny rozmiarami, z fantastycznie łamanym dachem, rzucał na trawniki wielkie płachty cieniste. Okna gęste, ale nierówne kształtem i rozmiarami: jedne weneckie, drugie wysokie, strzeliste, na pięterkach zaś małe i wąskoszybowe, plamiły bielą futryn, i okiennic szare ściany dworu.
Wszystko tu było ciężkie, nawet ponure, ale dostatnie. Trochę za smutno, lecz szeroko, wygodnie. Na prawem skrzydle pięterka, nad tarasem, który wyglądał na nowy nabytek starego domostwa, zwieszał się mały balkon, biały, zatrzęsiony kwiatami. Oplatały go powoje, fuksje, kępami stroiły czerwone pelargonje. Z otworzonych drzwi, wiatr letni wywiewał raz poraz białe firanki. Szła z tego okna i balkonu młodość i wesele, różne od całości gmachu. Fragment ten był jakby uśmiechem dworu, jakby śpiewką i szczęściem szarych ścian. Rozumiały to i gołębie, gdyż całą chmurą białosiwą obsiadły gzymsy nad oknem i kratą balkonu.
— I ptaki do siebie zwabia, wszystko, co żyje — szepnął Kościesza.
Na balkonie pojawiła się Andzia, gołębie furknęły skrzydłami i opadły ją zewsząd, siadły jej na ramionach, na głowie: jeden białym swym puchem przypadł się do piersi dziewczyny i dziobek wysunął niby do pocałunku. Nie skąpiła im pieszczot, głaskała atłasowe piórka, całowała, przemawiając jak do dzieci. Była to wieczorna godzina rozmowy z ptakami i karmienia ich. Kwiliły do niej swe dzienne skargi, ona je zaś pocieszała, i groch sypiąc na płaskie korytka, była matką i przyjaciółką ptasiej rzeszy.
Kościesza, ukryty pod olbrzymią lipą, patrzał niechętnie na znajomą sobie codzienną scenę balkonową. Wolałby Andzię widzieć inną, nie taką jak Lorka, broń Boże, lecz mniej po-