Strona:Helena Mniszek - Gehenna T. 1.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Andziu, proszę cię, zejdź już — przerwał pan Teodor tonem kwaśnym, zimno patrząc na Olelkowicza. — Czekam Aneczko; pójdziemy na podwieczorek — dodał łagodniej.
— Ojczymku, jeszcze trochę, co tam podwieczorek! zjemy go później. Niech ojczyk popatrzy na naszą pracę, niech nam zastąpi pana Kadłubka, który dozoruje przy innych stertach.
Kościesza nalegał na powrót do domu, aż zmusił Andzię do posłuszeństwa. Skoczyła ze sterty na wóz ze snopkami, z wozu zniósł ją Kościesza uprzedzając szybko Andrzeja. Dziewczyna zarzuciła ręce na szyję ojczyma i całując go opowiadała mu różne zdarzenia dzisiejszego dnia: jak wstała raniutko i pobiegła do Smoczewa, że tam jeszcze wszyscy spali, więc zbudziła Lorkę i Jasia i razem przyszli do żniwa, zaraz zaś po obiedzie przyjechał konno pan Andrzej. Ślicznego ma kasztana. Watażka się nazywa. Za nim jedzie kozak Fedor. Panna Ewelina gniewała się trochę za tę robotę w polu, ale ostatecznie pozwoliła. „Lepsza jest Lincia, niż ty, ojczymku” — dodała z grymasem na ponsowych ustach.
Pan Teodor rozchmurzył się pod wpływem jej uroku. O świcie wyjechał do dalszych folwarków, słuchał więc opowiadania ciekawie, tembardziej, że Andzia w ostatnich czasach mniej okazywała mu serdeczności niż dawniej, dzisiejsza jej radość rozruszała go i usposobiła przyjemnie. Grzeczniej rozmawiał z Olelkowiczem, nawet Jasia nie lekceważył, jak zwykle. Był wesół.
Pomiędzy zbożami wracali do domu. Lorka zabrała sobie Olelkowicza, ciskała na niego zrywane chabry, chichotała bez przerwy. Pan Teodor patrzał na Andzię, idącą z Jasiem. Bawili się trochę, jak dzieci. Ona chwilami przerywała rozmowę, brała go za ręce i kręciła się w kółko po drodze, niby czerwony mak. Furczały za nią czarne warkocze, z ust wybiegał śmiech swawolny na pole, hen! Postępowała z nim, jak z bratem, bez kokieterji sztucznej, lecz z tą wyłączną, która ją cechowała. Jaś traktował ją niby po koleżeńsku, ale zjadał ją oczyma: płonęły mu źrenice żarem, gdy na nią patrzał.
Był w tych młodzieńczych spojrzeniach ogień zapału wewnętrznego i zachwyt nad Andzią i smętne pasemka marzeń, co jak delikatna tkanka tworzyła się w duszy, oprzędzając ją subtelnym sentymentalizmem. On widział już w Handzi swój ideał, ona jedynie miłego towarzysza i kuzyna, więc oczy jej miały w sobie tylko swawolę, jeśli zaś omglił je chwilami cień głębszy, to tęsknota tych czerni przepastnych leciała dalej, ponad Jasiem, w szeroką dal. Teraz miała w sobie dziewczyna szum zabawy, źrenice odzwierciadlały w sobie jej nastrój i gorzały płomykiem niewinnym a już drażniącym.
Kościesza zauważył, że Olelkowicz pozornie zajęty Lorką ciągle ukradkiem patrzy na Andzię, że i jemu płoną oczy, że ta