Strona:Helena Mniszek - Czciciele szatana.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

głowę nad jej twarzą, patrząc gorąco w jej olśnione oczy.
— Mój ty biały kwiecie, biały on zawsze, pomimo, że kraszą go niekiedy purpurowe łuny gorącej krwi.
Przywarł ustami do jej ust, na krótką chwilę czystej a rozkosznej pieszczoty. Gdyby ich kto w tej pozie zaklął w obraz, płótno to byłoby ozdobą sali. W nim malował się wyraz czci, powagi i męskiej siły, w niej ciche poddaństwo i moc uczucia. W obojgu zaś widoczny rys szczęścia i pragnienia siebie. Tworzyli grupę harmonijną, jakby żywego posągu wśród martwych dzieł sztuki. W sali trwała cisza niby w nawie kościelnej, tylko ze wszystkich stron galerji spoglądały na nich przedwiekowe oblicza; oczy jakby żywych postaci zaklęte siłą genjalnych twórców. Patyna wieków leżała na tych postaciach zamkniętych w ramy; stworzone ongi ręką mistrzów wszechświatowych, zdawały się żyć jakiemś życiem mistycznem, nieziemskiem. Znane w historji osobistości, sceny, malowały się plastycznie, jakby w tej samej chwili zostały zaczarowane, by w swej skamie-