Strona:Helena Mniszek-Ordynat Michorowski.pdf/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Więc popełnić zbrodnię? Zabić tę kobietę nagą prawdą, ratować zaś własną, by nie spadła w odmęt obłudy, popełnić obowiązujące kłamstwo i zaprzeć się duszy nieskażonej.
Dla litości?...
Dla przeogromnego współczucia, które wszakże nie jest nawet podnóżkiem uczuć miłosnych?...
Dla kilku roznieconych pożarów we krwi, która zgoła nie płonie?...
Dla nędznych podniet ciała?...
Nie, nie! przenigdy nie!
Waldemar zdusił w sobie wzruszenie, siłę zamknął w swem postanowieniu.
Aby odważnie.
Lucia, nie słysząc jego głosu, wyczuwała drżenie jego ramienia. Pochylając głowę, włosami dotknęła jego twarzy.
Waldemar stał chłodny, otworzył usta, ale słowa ciężkie z trudnością mógł wydobywać z piersi.
— Luciu moja... Dawno już widzę... czuję... że... ty...
Słuchała, bez tchu, nie dziwiąc się nawet brzmieniu tych słów. Były ciche, łagodne a złowrogie. Może straszne?...
Wtem trzask, światło lampy.
Wszedł na taras hrabia Trestka i lokaj.
Waldemar i Lucia odskoczyli od siebie. Ona wściekła, on — jeszcze uratowany.
— Co się stało?...
Trestka przywitał ich w milczeniu.
— Nie dziwi was tak późna moja wizyta? — spytał, patrząc na nich ciekawie.
Waldemar oprzytomniał.
— Żona pańska?... — zawołał.
— Dziękuję, zdrowa. Mamy syna. Ale właśnie dlatego nie mogłem żony wzruszać. Chłopak urodził się nam rano; w południe otrzymałem depeszę. Oto ona.
Ordynat i Lucia przeczytali razem.
— Z Paryża, od babki. Ciężko chora — rzekł Waldemar, jakby do kogoś jeszcze.
Weszli do salonu. Trestka mówił:
— Przyjechałem z tem do was. Rycia nic nie wie i oczywiście nie pojedzie. To zaś jest niezbędne.
— Więc ja pojadę — rzekł ordynat.