Strona:Helena Mniszek-Ordynat Michorowski.pdf/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lucia zarzuciła na głowę blado-niebieski gazowy welon, w którym twarz jej nikła prawie, tylko oczy gorzały. Były jak gwiazdy w rozwiewnym tumanie obłoku.
Bodzio pokręcił się trochę przy nich i odszedł cicho.
A oni stali, stali bez słów.
Lucia pierwsza szepnęła, jakby lękając się zbudzić śpiącą noc.
— Waldy... ładnie tu; prawda?...
— Lubię park w tym stroju. I ten taras — odrzekł.
— Marzysz tu często?... Zawsze sam!...
— Nie, z myślami i... z wspomnieniami.
Lucia zadrżała.
— Zimno ci? Poczekaj.
Wyszedł prędko. Wkrótce powrócił, niosąc płaszcz futrzany.
Otulił nim Lucię. Ona pochyliła się ku niemu całą postacią. Uczuł jej ciężar na swem ramieniu. Błysk jej oczu gorejących przeniknął go dreszczem; ciepło ciała kobiecego zawieją rozkoszną musnęło nerwy. Wstrzymał się, aby nie porwać jej w objęcia. Stanął obok niej przy balustradzie, siląc się na spokój. Lucia przysunęła się bliziutko.
— Waldy.
Waldemar ścierpł. Szept jej był dziwny, jakby pochodził nie z jej własnych ust, jakby mówiła najgłębsza tajnia jej istoty, jakby samo serce bez pomocy warg.
Ordynat się przeraził.
Miało nastąpić wyjaśnienie. Czuł, że to już konieczne. Mgła Luci rozpadła się; ukazuje swój ukryty cud. Świadomość o nim błądziła w dotychczasowej mgle, ale nie objawiona.
Teraz zapada wyrok.
Waldemar nie śmiał odetchnąć.
— Waldy... — powtórzyła dziewczyna niby we śnie czy w malignie, lecz wyczekująco.
Targnęła nim rozpacz.
Nie ma, nie ma sił! A każdym momentem łudzi ją, każdą chwilą staje się winniejszym, bezczelniejszym — wobec niej!...
Zerwać ułudę! Brutalnie rozwiać miraż.
Rozniecić prawdę! Ale prawda schłoszcze ich oboje.
Być szczerym — jak światło.
Odważnym — jak zbrodnia.