Strona:Helena Mniszek-Ordynat Michorowski.pdf/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


włosy popielate w kontraście z czernią aksamitu, mieniły się bogatą masą, żywe i nęcące. Waldemar patrzał na nią uparcie. Przypominała mu się nazwa dana przed rokiem w Warszawie: westalka.
— Tak, ona istotnie ma w sobie coś z westalki: powagę i wdzięk... — pomyślał.
Bohdan, który przyjechał na święta z Rusłocka, widocznie to samo zauważył. Szepnął do ordynata:
— Wie wuj, że ta Lucia robi wrażenie... mistyczne. Ma w sobie coś tajemniczego...
Przypatrywał się jej jak psycholog, wreszcie rzekł prędko, z akcentem dziwnej pewności i zarazem obawy:
— Tak, takie postacie kobiet bywają albo bardzo szczęśliwe albo... bardzo nieszczęśliwe. Tragiczne! Połowiczność nie dla nich...
Ordynat przykro dotknięty odszedł w inną stronę.
Bohdan nie spuszczał oczu z Luci.
Dzieci po otrzymaniu podarków śpiewały chórem kalendy, potem orkiestra miejscowa zaczęła grać, i rozpoczęły się zabawy. Marszałek dworu i ochmistrzyni czuwali nad porządkiem.
Późno w nocy, przed rozpoczęciem w kaplicy zamkowej Pasterki, Waldemar, Lucia i Bohdan wyszli na najwyższy taras od strony rzeki.
Noc zimowa była i ciepła i cicha, ale szara. Chmury popielate rozmazały się po niebie, grożąc zapowiedzią nowych śniegów. Park obficie zasypany bielą, spał spokojnie. Na jodłach leżały śnieżne kapy; wielkie błamy, niby skóry białego niedźwiedzia, okrywały, hojnie zbite, mnóstwo ciemnych, nagich drzew. Słał się śnieżny, puszysty pokrowiec na marmurowych schodach przystani i wałem białego alabastru otaczał zielonkawy lód na rzece, wymieciony czysto, jak lustrzana posadzka.
Zwierzyniec oszroniony widniał z daleka, niby sędziwy starzec w bujnej grzywie siwych włosów i gęstej, długiej brodzie. Szarość i biel zlewały się harmonijnie. Ponad inne wrażenia górowała senność, obumarłość niezgłębiona.
Waldemar z Lucią stali oparci o balustradę i patrzyli w głębiny parku. Coś stamtąd wołało na nich głosami misterjów uroczych, duchy snuły się w czeluściach gąszczów.
Dobrze było im obojgu, nie przerywali chwili.