Strona:Helena Mniszek-Ordynat Michorowski.pdf/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Waldemar, wzruszony do głębi, objął go i ucałował.
— Jesteś dobry, chłopcze. Nie nazywaj się łotrem; właściwie nigdy nie byłeś nim.
— Wyratowałem się, wuju, przez ciebie. Ale cóż z mamą?!
Ruchem zbolałym i tragicznym splótł palce u rąk.
— Ojej! jak ja muszę wziąć się w kupę i pracować, żeby mamie... Bo Wiktor zatraci ją: on bez serca.
— I bez sumienia, dodaj — rzekł Waldemar. — Jego nikt i nic nie poprawi.
Jechali, milcząc; nagle Bodzio wziął Waldemara za rękę. Przemówił wahająco się, niepewnie:
— Wuju, a co z Lucią?... Czy już... mogę wam... powinszować i cieszyć się?
Waldemar poczerwieniał. Zsunął brwi. Zakłopotanie drgało mu na twarzy.
— Czy... chciałbyś tego? — spytał trochę badawczo.
Bodzio gwałtownie ścisnął jego dłoń.
— Bardzo, bardzo, wuju! Ona godna być twoją żoną i ordynatową głębowicką. Przytem ona cię kocha!...
— No, dobrze. To są rzeczy dalsze. Mówmy o twej pracy i projektach.
Bodzio odczuł w samym tonie Waldemara, że to są rzeczy bardzo bliskie, ale delikatnie zwrócił rozmowę.
Był szczerze zadowolony.




XXXVII.

W zamku głębowickim uroczyście obchodzono wilję Bożego Narodzenia.
Stary pan Maciej, otulony troskliwie przez wnuczkę, przyjechał z nią razem.
Po wieczerzy w wielkiej sali przyjęć tłum dzieci ze szkoły i z ochronek głębowickiej i słodkowickiej, które przyjechały na kilku saniach, otaczał przepyszną choinkę. Właściwie była to jodła, sięgająca pod sufit wysokiej sali, zatopiona w powodzi światła, lśniąca jak skarbiec z klejnotami. Lucia rozdawała podarki, chodząc wśród gromad dziecinnych, niby ich wieszczka. W gładkiej, czarnej, aksamitnej sukni, ozdobionej tylko sznurem pereł, smukła i wiotka, robiła wrażenie cichej kapłanki. Jej